środa, 18 kwietnia 2018

KODEKS RONINA

(16) Wielka cisza ronina

Intymność to cnota wyparta z wyobraźni współczesności. Myślę o powszechnym dość i bezwiednym w większości przypadków odruchu z cyklu facebook-story: wszystko co ludzkie wieszam na ekranie. Smutek po zgonie cioci z Konstancina, narodziny kociaków z kocicy, nowe zęby po wizycie u stomatologa i łańcuszek wsparcia dla koleżanki po przeszczepie biustu. Ów nudyzm emocjonalny ma za zadanie podporządkować absolutną prawdę egzystencji dowolnej fabule istnienia. Będą czytać moje donosy, wierząc, że jestem tym, kim nie jestem. Wspominam o tym z obawą, by nie wstąpić przypadkiem do kręgu celebrytów - nudystów. Zmuszony zostałem bowiem do napisania ze szczerością słów, które zrobią łatwą karierę na wszystkich estradach wirtualnej autoodsłony: miałem kryzys! Przed laty, w samym epicentrum formacji, na przejściu między filozofią a teologią, świat prawd chrześcijańskiej wiary przestał mi się łączyć w jakąś wyczekiwaną całość logicznej układanki. Filozofię studiowałem z zapałem. Bóg ujawniał się w prawdzie. Rozumiałem i wiedziałem, co z czego pochodzi. Przejście po dwóch latach od filozofii do teologii systematycznej - nawet nie wiem: dlaczego? - skończyło się dla mnie wstrząsem, tumanem intelektu i mgłą. Rozważałem po cichu przed wszystkimi dokończyć trzeci rok w seminarium i pójść sobie w świat. Wszedłem w kryzys!
Wtedy właśnie stosowni formatorzy zaprosili biskupa Edwarda Dajczaka w roli kaznodziei na kilka dni wielkopostnych rekolekcji w seminarium. Ten biskup był jakiś inny. Gdy o poranku przed jutrznią wchodziłem do kaplicy, on już tam klęczał w skupieniu. Uczył nas modlitwy nie tyle katechezą, co osobistym jej doświadczeniem. Gdy głosił nauki, patrzył przenikliwie gdzieś poza horyzont. Żył w nim pelikan Bożego Słowa. Autentyczne piękno przepowiadania wyszarpywał sobie spod serca. Zmagał się bardziej za nas, niż z nami. Wszystko to, co obserwowałem, oswoiło mnie do tego stopnia, że trzeciego dnia rekolekcji, na chwilę przed finiszem, poprosiłem biskupa o rozmowę. Mistyk ambony wielkich lotów okazał się bliskim, cierpliwym rozmówcą. Odsłuchał ze mnie wszystko. Było czymś oczywistym i dla mnie i dla niego, że w pierwszym i ostatnim, bo przecież przelotnym kontakcie, nie wolno udzielić kategorycznych odpowiedzi. Biskup Edward starał się po mistrzowsku rozszerzyć horyzont problemu, pomóc mi odejść od ściany, zobaczyć świat poza linią kryzysu. Dzielił się też otwarcie własnym życiem.
W trakcie formacji w seminarium – mówił – wszystko było rytmiczne i odmierzone. Miałem swój schemat, łatwo było pilnować modlitwy, a treść medytacji z reguły ktoś podpowiadał. Natychmiast po wtargnięciu w pracę duszpasterską, utraciłem równowagę działania i skupienia. Zajęć było za dużo. Zresztą każdą aktywność duszpasterską przeżywałem z właściwą początkom radością kapłańskich pierwocin. Ale modlitwę zaniedbałem. Pewnej soboty – kontynuował swoje świadectwo biskup – jak zwykle starałem się przygotować kazanie dla parafian na niedzielę. Otworzyłem Biblię z czytaniami, wziąłem papier do ręki i długopis. W między czasie zadzwonił telefon, a palcem lewej ręki włączyłem telewizor, nasłuchując wydarzeń z kraju. Coś pisałem. Nagle całe moje wnętrze przeszył nieznany dotąd ból: ja nie słyszę Boga!
Obserwując współczesny świat, można stwierdzić, że cała cywilizacja dziś słucha czegoś aż do przemilczenia kogoś. Jesteś w metrze, autobusie czy tramwaju i widzisz, jak ludzie mają słuchawki na uszach, gumę w ustach a szklaną watę w oczach. Nie próbuj ich rozproszyć, podpytać, zaczepić. Wyciągnięta ręka zagubi się na szlakach światłowodów, umrze z głodu w gardłach wirtualnych sieci, zagubi położenie na mapie politycznych plotek czy oślepnie do reszty w kinetoskopach kabaretów. Trzeba więc dla przyzwoitości podkreślić znaczącą różnicę między nawykiem słuchania u współczesnych a odwiecznym słuchem wiary. Metodą świata jest zewnętrzna intensyfikacja dźwięku. Chodzi ostatecznie o to, by coś usłyszeć. Duch wiary podkreśla natomiast konieczność nabycia wewnętrznej umiejętności wyciszenia. Trzeba zdobyć się na odwagę życia w ciszy, by słuchać.
Taka dychotomia słyszenia i słuchania zdradza również dwuwarstwową istotę problemu. Po pierwsze - to, że dźwięk narasta, wibruje i wypełnia sobą całą przestrzeń wokół, powoduje niedosłuch jako wewnętrzną wadę w człowieku. Ten właśnie – rozproszony kakofonią odgłosów - traci poprawną orientację duchowego słuchu. I wprost przeciwnie. Zapadająca w zewnętrzną przestrzeń cisza, potęguję zdolność zasłuchania. W duchowym znaczeniu słuchać nie tyle znaczy absorbować chaotycznie dźwięki, co myśleć, modlić się, rozróżniać, kontemplować, rachować sumienie i dokonywać wyborów. W konsekwencji intensywna kumulacja dźwięków ogranicza twórczość człowieka do płytkiej możliwości interpretowania tego, co słyszy. Natomiast umiłowanie ciszy wyzwala w nim właściwą ludzkiej osobie, pełną kreatywność, która polega na świadomym, wolnym i zorganizowanym prowadzeniu linii życia. Po drugie – uzależnienie od zewnętrznego komentarza bądź też akceptacja statusu ciszy, istotnie decyduje o tym, gdzie znajduje się centrum dowodzenia człowiekiem. Jeśli zostanie on zaintubowany kompulsywnie przez całą gamę agresywnych dźwięków, będzie decydować o nim polityka, biznes, moda lub rozrywka. Gdy potrafi zwrócić się w ciszy do samego siebie, w sobie też wcześniej czy później – przez sumienie, rozum i serce – znajdzie niezawodne miejsce podejmowania decyzji codziennych, przełomowych, trudnych a nawet heroicznych. Dla nikogo nie jest bez znaczenia, co nim rządzi? Z tego właśnie powodu odciski po słuchawkach na uszach oznaczają depresję, a pogłębiony wyraz oczu – niezależność.
Dla wielu Paweł z Tarsu przypomina aktywistę. Jest nieustannie w ruchu. Ma niespokojne wnętrze, gwałtowny, prowokuje do zmiany mentalności. Gaduła wzniecający wokół siebie wiele hałasu. Paweł przebiegł połowę świata, zakładał nieskończoną liczbę wspólnot, mieszał się do areopagów. Napominał, motywował lub karcił – ideał dla współczesnego ewangelizatora. Najczęściej więc dziś przytaczanym przez wszystkich zdaniem z listów pawłowych jest słynna lamentacja apostolska, która w Słowie Bożym zapowiada w szerokim sensie apokaliptyczne podsumowanie historii: “Biada mi bowiem, gdybym nie głosił Ewangelii!” (1 Kor 9, 16c). Niewielu jednak zwraca uwagę na to, że szesnasty werset dziewiątego rozdziału pierwszego listu do chrześcijan w Koryncie, jest złożony z trzech równoważnych części. Jedna nie jest zasadna bez drugiej. Ruch, dźwięk i aktywny radykalizm ostatniego zdania, to dla Pawła z Tarsu konsekwencja osobistego, niepowtarzalnego przeżycia duchowego, jakie opisuje on w częściach a i b, wyznając: “Nie jest dla mnie powodem do chluby to, że głoszę Ewangelię. Świadom jestem ciążącego na mnie obowiązku”. W podstawowej decyzji formującej styl życia Apostoła Narodów, trzeba odczuć ponad wszystko wewnętrzny ciężar sumienia, oświeconego rozumu i zdobytego przez Boga serca, które pozwala Pawłowi znaleźć siebie nieskończenie wolnym wobec aktualnych uwarunkowań kultury, polityki i propagandy. To właśnie nazywa on świadomością ucznia. A kiedy jej dosięgnął? Oślepiony pod Damaszkiem. Sparaliżowany słowami Jezusa. Nieco ośmieszony w swej pozie - przecież nic nie słyszeli jadący obok niego żołnierze. Miesiącami potem czekał na Barnabę, który zaprosił go hojnie do chrześcijańskiej rodziny w Rzymie. Odosobnienie i oczekiwanie są niezbędnymi elementami, których potrzebuje człowiek by słuchać, czyli rozeznawać i rozumieć. Tym samym Paweł z Tarsu nie jest uwiedzionym zewnętrzną aktywnością administratorem pierwotnego Kościoła. Jest za to wsłuchanym w przekaz Słowa i wpatrzonym w światło łaski kontemplatykiem. Tylko tutaj odkryć można źródło nadzwyczajnej skuteczności jego życia i totalne centrum dowodzenia jego apostolskiej misji.
Doświadczony ronin rozumie dziś życie. Dane mu było przechodzić wszystkimi ścieżkami spotkań, rozstań i wypadków. Zna dni chaosu, głośnej muzyki i pazernej propagandy megafonów. Pamięta jeszcze noce, podczas których nie gasił nocnej lampki. Potrzebował światła dla przytłumienia strachu. Spod półprzymkniętych o północy powiek śledził lot ćmy, mozolnie sunącej w stronę elektrycznej poświaty. Motylicę i szpilkę brał za jedyną, prawdziwą relację. Ronin latami gniewał się na siebie, by obrażać następnie innych, na próżno szukając spełnienie w zupełnym wyzuciu się z przyzwoitości. Pewnego ranka znaleziono go nagiego na plaży, z zaschniętymi od soli wargami, bez ubrania i portfela. W tamtej chwili pierwszy raz od lat wyszeptał ze wstydem: to już nie jest życie, tak dalej być nie może! Ale nawet do Boga powracał z krzykiem. Oskarżał siebie bez litości, siłą okrutnego ascetyzmu nadrabiając roztrwonione lata. Nie chodził do kina, chłostał wzrokiem całujących się na ulicy nastolatków, obiegał wszystkich egzorcystów świata, codziennie recytując psalmy i stare modlitwy z wydanego przed wiekami, łacińskiego śpiewnika. Pokochała go takim najmłodsza siostrzenica proboszcza. Stary kapłan katolicki słuchał ronina uważnie, z delikatną mądrością oddzielając łaskę od egzaltacji. Kiedy pierwszy raz po latach przyjmował Komunię Świętą, nadeszła burza i w mazurskiej wiosce wyłączono prąd. Drewniany kościółek nad brzegiem jeziora zatonął w wieczornym milczeniu, podobny do starego organisty, co przespał kazanie i zapomniał grać swoje pieśni, podpierając z chóru brodę na dłoni. Dziś wewnętrzna cisza stanowi centrum dowodzenia chrześcijańskiego ronina. Cisza sumienia, które odróżnia prawdę od fałszu. Cisza woli bez zawahania. Cisza rozumu odważnego w myśleniu. Cisza serca pewnego swej miłości. Jak do tego doszedł? Stało się tak, gdy ronin przestał ciskać z krzykiem twarde słowa przeciwko światu i zgodził się zwrócić Słowo Boga w milczeniu przeciwko sobie.


czwartek, 1 lutego 2018

KODEKS RONINA

(15) Kotwica ronina i zasada kopernikańska

Najsilniejszymi mocarzami, którzy sprawnych w gębie ideologów powalają bez widowiska, krzyku czy propagandy, są ludzie przeciętnej postury, mrukliwi stratedzy i mali rycerze z legend. Taki nie łamie podkowy w ręku i nie śpieszno mu do bitki na gminnych potańcówkach, ale kiedy już sprowokuje go życie do zaciśnięcia pięści, marnie kończy ten, kto niepozornemu gigantowi chce zakroczyć drogę. Zawsze miałem wrażenie, iż tak bez hałasu a skutecznie, o najważniejsze rzeczy na świecie walczył Paweł Milcarek. Właściwie nie wiem, czy możemy nazywać się przyjaciółmi? Chronicznie ogołoceni – pan Paweł i ja - z chwil wolnego czasu dla siebie, rwaliśmy na wszelkie sposoby konieczne do wspólnego myślenia i modlitwy momenty. Stwierdzę trochę z przekąsem, że najwięcej wolnej przestrzeni dla wymiany poglądów mieliśmy gdzieś w podróży. Jeśli przywołuję nazwisko Paweł Milcarek, to zawsze pojawia się w mojej pamięci człowiek w warszawskim metrze, owinięty w zimowy szal na kolei w Kutnie, wybiegający szybkim krokiem z Dworca Centralnego, z plecakiem na prawym ramieniu, witający się serdecznie, by natychmiast porwać mnie do wspólnego korowodu na spotkanie w radiu, wydziale czy innym wydawnictwie. Przemierzaliśmy wiecznie spóźnieni serpentyny ruchomych schodów, zmyte deszczem chodniki i szklane windy, właśnie wtedy najgłębiej dyskutując o tradycji, Newmanie, sumieniu i liturgii. Pan Paweł wyglądał jak przeciętni Warszawiacy wokół – z wełnianą czapką nasuniętą na wysokość okrągłych okularów – ale mówił jak nieprzeciętnej klasy filozof, pisarz, analityk. Mylę się – w Pawle Milcarku, młodym niegdyś harcerzu, potem głowie wielodzietnej rodziny, katoliku świeckim i założycielu ambitnego czasopisma, zawsze odzywał się mnich.
Tamtej zimy po spotkaniu w Płocku odwoziłem Milcarka aż do Kutna. Dany nam był tym razem rzadki luksus godzinnej, swobodnej rozmowy. Już na samym dworcu, jakby sumując to wszystko, pan Paweł jeszcze przed wejściem na peron, odwrócił się i powtórzył po swojemu, z naciskiem: proszę księdza, suaviter sed fortiter...tak trzeba! Skąd ci skromni ludzie mają tak niezwykłą siłę? Pamiętam jeszcze, jak późnym wieczorem gdzieś w styczniu, podróżując z Warszawy do swoich, przejechałem przez urokliwy Brwinów, by dostarczyć jakiś tekst do redakcji. Milcarków w niezliczonej ilości zastałem na modlitwie w ich domu. Nieco speszony sytuacją i moim natręctwem nie w porę, chciałem tylko zostawić papiery, podpisać co konieczne, pozdrowić noworocznie i wycofać się dyskretnie. Pan Paweł poprosił mnie tuż przed drzwiami o błogosławieństwo. Z ochotą podniosłem prawą rękę, gdy wszyscy obecni tam – od dzieci po dziadków – klęknęli z powagą i wiarą, kreśląc znak krzyża na czołach.
W pobieżnym czytaniu dwóch monumentalnych pism doby wczesnego chrześcijaństwa – przynależącego do porządku objawienia Listu do Hebrajczyków oraz należącego do porządku patrystyki Listu do Diogneta – można popaść w płytką i pozorną sprzeczność, cechującą z reguły przejściowy zapał natchnionych chwilą lektorów. Anonimowy chrześcijanin z drugiego wieku wyjaśnia swemu przyjacielowi, nieochrzczonemu Grekowi, tajemnicę wiary, umieszczając chrześcijaństwo śmiało w zmiennym kontekście kultury, polityki czy społeczeństwa. Jest to bez wątpienia koncepcja religii otwartej na różnorodność. Jeśli Diognet zostanie chrześcijaninem, tlenem jego wiary będzie świat i zmienna egzystencja człowieka, cała ta rzeczywistość tętniąca wielobarwnym rytmem, tańcem, reformą, karnawałem. Zastanawia więc siłą rzeczy, że z kolei w szóstym rozdziale Listu do Hebrajczyków, autor nowotestamentowego pisma zdobywa się na jednoznaczne przywołanie znaku kotwicy – stałości pośród rozszalałych fal, oporu wobec przypadkowego losu, fundamentu, portu, kawałka stali podobnego skale, którego nie przesuną ruchome piaski czasu, wytrwałego podtrzymania kierunku wobec kaprysów namiętnego wiatru – mówiąc z żelazną pewnością ducha: “Dlatego Bóg, pragnąc okazać ponad wszelką miarę dziedzicom obietnicy niezmienność swego postanowienia, wzmocnił je przysięgą, abyśmy przez dwie rzeczy niezmienne, co do których niemożliwe jest, by skłamał Bóg, mieli trwałą pociechę, my, którzyśmy się uciekli do uchwycenia zaofiarowanej nadziei. Trzymajmy się jej jako bezpiecznej i silnej kotwicy duszy, kotwicy, która przenika poza zasłonę, gdzie Jezus poprzednik wszedł za nas, stawszy się arcykapłanem na wieki na wzór Melchizedeka” (Hbr 6, 17 – 20).
A jednak w świecie stworzonym przez Boga ani wewnątrz wiary, która przyszła od Niego, nie ma sprzeczności. Tak samo nie znajdzie się realnego konfliktu między wiernym trwaniem w stałości a dynamicznym udziałem w różnorodności. Jest możliwe harmonijne łączenie świadomej tożsamości z otwartym dialogiem. Co więcej, w chrześcijaństwie ewangelicznym naprawdę zdolny do misji w świecie – czyli do spotkania z tymi, którzy nie słyszeli jeszcze lub już nie chcą znać głosu Chrystusa – jest świadek – czyli człowiek pokornie świadomy tego, kim w istocie jest. W najbardziej oddalony kres zwątpionego świata nie ma co iść chrześcijanin niepewny swego rozumu, sumienia czy ducha. Jak można liczyć na sukces przedsięwzięcia, wchodząc na ruchome piaski tak niepewnym krokiem? Nieść misję najdalej oznacza stąpać z konsekwencją naprzód, a jednocześnie nieustannie czuć w dłoni ciężar kompasu, który niechybnie wskazuje na dom. Irytującym znakiem naszej jakże chwiejnej kultury, jest dręczący dziś człowieka, świat a nawet Kościół, sztuczny rozdział: różnorodność w opozycji do wierności, otwartość wobec tożsamości, czy misja w sprzeczności z tradycją. Wielu sądzi zatem, że wybierając różnorodność, musi zaprzeć się tożsamości. Że idąc na krańce świata, trzeba wytrzeć z pamięci jego centrum. I że nazywać się misjonarzem może tylko człowiek o zaburzonej i chaotycznej nowinkowości, zdolny w swej zuchwałej odwadze łamać w łapach z trzaskiem wątły pień tradycji.
Jeśli w którejkolwiek z przestrzeni wartości podstawowych człowiek ulega ciężkiej konfuzji i popada skutkiem tego w gniew, uprzedzenie lub podziały, tam z pewnością obfite żniwo zbiera ignorancja. Tak samo w podstawowej kwestii odnalezienia się między wielobarwnością a wspólnym mianownikiem, człowiek zaczął gubić się w swych podstępach, gdy zrezygnował z szacunku wobec jednej z głównych zasad klasycznej filozofii, uczącej bezbłędnie odróżniać istotę rzeczy od jej akcydensu albo formę od materii. Żonglując swobodnie między esencją rzeczywistości a jej mutacjami, zastępując jedno drugim dowolnie, bez logiki i sensu, człowiek pomieszał w rozeznaniu to, co jest przejściowe - więc nie decyduje o jego przyszłości, od tego, co jest niezbywalne - co zatem podtrzymuje oddech w jego płucach, bez czego żyć się nie uda. Obecna epoka jest tak niespokojna, ponieważ stanowi uciążliwie przedłużający się moment wychodzenia z hylemorficznej katastrofy. Panika błędu chwyciła ludzi za gardło, zaczęli więc wszyscy pędzić w stronę wyjścia ewakuacyjnego. Każdy jednak napiera z furią na własne podwoje. A tłum zamarł zmylony gdzieś między tymi, którzy za drogę wybawienia uznają absolutyzowanie formy, a tymi, którzy w oburzeniu konserwują istotę rzeczy. Wreszcie przyjdzie ktoś mądry, kto krzyknie: nie tędy! Możesz zmienić buty, język, adres, nazwisko i architekturę – nie stanie się nic. Musisz zachować jednak prawdę, sumienie, rodzinę, liturgię i dogmat – bo zginiesz. W jednych drzwiach wówczas modernista poda rękę integryście.
Ronin chwyta kotwicę w dłoń i odcumowuje łódź od brzegu. Jest nowoczesnym obywatelem świata, który wszystko, co święte konserwuje w sercu. Zmieniający się krajobraz otoczenia nie jest w stanie zmylić go lub sprawić, by zgubił stały kierunek swej drogi. Chętnie przysiada się na targowisku idei do wspólnego stołu słuchając tylko, z rzadka dyskutując. Tamci już wiedzą, kim on jest. Widzą, co czyta. Słyszą o jego wyborach. Dociera do nich, jak żyje, który dzień jest dla niego święty, z jakiej klasy ludźmi poprzestaje. Wszyscy mówią z przemawiającym do innych szacunkiem: ten katolik ronin to twardziel ale swój.
Musi być zatem centrum integrujące różnorodność z fundamentem. Aby uleczyć dysonans między tym, co stałe, a tym, co ruchome w religii, kulturze lub społeczeństwie, trzeba może jeszcze wrócić na chwilę do sedna nauk ścisłych. Współczesny dylemat ludzkiej dysproporcji między materią a formą, warto analogicznie rozczytać w świetle znanej reguły fizyki, nazywanej zasadą kopernikańską lub kosmologiczną. Głosi ona – choć sprawiedliwie mówiąc, nie wymyślił jej wcale Kopernik – że wszechświat jest jednorodny, izotopowy w dużych skalach przestrzennych. Dzięki temu dla wielu obserwatorów, umieszczonych w dowolnych miejscach kosmosu, wygląda on podobnie a uśrednione parametry obliczeń są wszędzie jednakowe. I kto jest zdolny wyjaśnić, w jaki sposób całe galaktyki ciał niebieskich mieszczą się w jednej źrenicy człowieka?


środa, 20 grudnia 2017

KODEKS RONINA

(14) Ostatnie spojrzenie ronina

Nie ma spojrzeń nic nie znaczących. Nawet unikanie wzroku ma swoją wymowę. Myślę, że znacznie szybciej i dużo głębiej uczymy się mowy oczu niż języka ust. Ludzkie słowa potrafią kłamać. Oko człowieka jest zaś spontanicznie szczere, widoczne w pierwszym kontakcie i przejrzyste. Niektórzy więc usiłują zakrywać wzrok jak dzieci dłońmi lub jak kłamcy podczernionymi okularami. Na próżno. Oczy ukryte deklarują swoje coraz śmielej. Relacje ludzi wypełniają się niewypartą treścią, gdy krzyżuje się w nich ufny wzrok dziecka, gniewne spojrzenie wojownika lub miłosna tęsknota zakochanych. Wyraz oczu jest syntezą ludzkiej osobowości. Być może dlatego do dziś noszę w jasnej pamięci – jakbym zagapił się zdumiony w drugą stronę zwierciadła czasu – trzy spojrzenia pana Janusza i jedno jego żony. Nie wiem, który to był rok ery Pańskiej ale czułem jak w samo południe doskwierał nam sierpniowy upał. Ledwo ruszyliśmy z płockiej katedry na pielgrzymkę w stronę Częstochowy. Na pierwszym postoju w lesie za rezerwatem pan Janusz ściskał mnie serdecznie. Wiele lat pielgrzymował, w tym roku musiał jednak zaraz z Gostynina zejść na powrót do Płocka. Od krótkiego czasu zamieszkiwał go nowotwór, trzeba więc było rozpocząć długie, męczące, chemiczne zapasy z egzystencją. Wzrok pana Janusza tego dnia miał w sobie wolność, swobodę i modlitwę. Takim akcentem napełniają się oczy każdego, kto od świtu - nie ważne, że chwilę - może pielgrzymować.
Po kilku miesiącach, zimą, zadzwoniła do mnie żona pana Janusza - zresztą kobieta wspaniała, dyskretna i silna. Chodziło o to, by przyjść do ich domu z namaszczeniem chorych i adwentową spowiedzią, a potem regularnie, co miesiąc zanosić panu Januszowi Komunię Świętą. Spotkałem go wtedy powalonego potęgą bezwzględnego przeciwnika, w łóżku. Pan Janusz patrzył na mnie zrozpaczony. Żona nie przestawała się krzątać, zagadując ciążący nam wszystkim pesymizm sytuacji. Cóż jednak z tego? Strumień słów z przemowy o bożonarodzeniowej radości deptały bezwzględnie, trupio zdradzieckie legiony łez, płynące z kącików oczu żony pana Janusza. Minęły prawie trzy lata, gdy ksiądz Romuald poprosił mnie o prowadzenie dnia skupienia przed Wielkanocą w Miejskim Hospicjum na płockim Międzytorzu. Choć nigdy nie dane mi było służyć tam za kapelana, byłem i jestem od lat osobiście, duchem, sercem, uczuciem związany z tym miejscem, środowiskiem i ludźmi. Po medytacji odprawialiśmy szczególną Drogę Krzyżową, rozważania poszczególnych stacji prowadząc w pokojach pacjentów. Przy Weronice, która ociera twarz zmęczonemu Chrystusowi – nawet nie przypuszczając – znalazłem się w sali pana Janusza. W pobliżu łóżka śmiertelnie chorego stała jego żona, z chusteczką przy oczach i wzrokiem pełnym przedwczesnego cienia. A on sam nie mógł nawet już mówić. Po modlitwie wyciągnął do mnie rękę i tę ostatnią chwilę patrzyliśmy sobie w oczy. Pan Janusz na kilka godzin przed śmiercią miał w sobie jasny wzrok nowonarodzonego dziecka.
Od bardzo wielu lat noszę w sobie bezgraniczny respekt dla postaci Ambrożego z Mediolanu. Wczesnochrześcijańskie podania głoszą, że przy narodzeniu niemowlęcia około 340 roku w niemieckim dziś Trewirze, rój pszczół osiadł nagle na ustach maleńkiego chłopca. Dla pokąszenia warg czy dla obłożenia ich miodem? Przerażona matka gestem ręki chciała odegnać pszczoły jednak ojciec powstrzymał żonę, czekając aż one same zostawią niemowlę w spokoju. Ambroży był bratem dwóch świętych: Marcelina i Uraniusza Satyra. Śmierć tego ostatniego, którą biskup Mediolanu opłakiwał z bólem, dogłębnie poruszony, skłoniła go do napisania okolicznościowego dziełka, kryjącego w sobie jednak wstrząsające przesłanie. W „Mowie o życiu brata Satyra”, Ambroży  wychodząc od pawłowej logiki jakościowego rozdźwięku między śmiercią, która podobna jest do zysku, a życiem na tym świecie, które przypomina nieustanne cierpienie (por. Flp 1, 21 – 24), niespodziewanie dochodzi do gloryfikacji aktu śmierci, jako definitywnej dla dziejów świata decyzji Boga. Przez ukrzyżowanie Syna Bożego człowiek dosięgnął zbawienia. Z tego powodu też świat chrześcijański celebruje śmierć Chrystusa jako najbardziej wzniosłą rocznicę w ciągu roku. Śmierć zatem nie była częścią ludzkiej natury od początku – konkluduje Ambroży – ale dobry Bóg dołączył ją do losu człowieka jako uleczenie! W efekcie bowiem separacji stworzenia od Stwórcy, egzystencja ludzka stała się nieznośna, pełna ciężaru pracy i nadmiernych cierpień, które człowieczy los uczyniły żałosnym. Nieśmiertelność bez łaski obróciła się w przekleństwo. Aby więc wybawić człowieka od ciążącego nad nim wiecznie ucisku, Bóg pierwszy raz okazał swe miłosierdzie i zesłał Adamowi śmierć dla uzdrowienia (por. Św. Ambroży, Mowa o życiu brata Satyra, księga II, 40 nn). Kto miałby śmiałość pomyśleć, że śmierć nie przynależy do atrybutów Bożej sprawiedliwości lecz w istocie jest aktem Bożego miłosierdzia? Nie skazuje lecz wyzwala? Pszczoła, co obsiada wargi dziecka, chcę ukąsić czy osłodzić?
Chrześcijański ronin przez całe życie uświadamia sobie w jaki sposób będzie odchodził z tego świata. Śmierć dla ronina jest logicznym wyprowadzeniem podstawowej linii jego myśli, słów i uczynków poza próg wieczności. Jak nie może być istnienia, którego nie zakończyłaby śmierć, tak samo nie ma śmierci odmiennej od stylu istnienia. Jeśli ludzka egzystencja jest w gruncie rzeczy systematycznie narastającym procesem wyzwalania się człowieka z rzeczy, które przeszkadzają w dosięgnięciu pełni, tak śmierć będzie momentem wiecznego wejścia w posiadanie tego jedynego, co konieczne. Na ile zatem oddałem, na tyle i dosięgnę. Człowiek nie wyzwala się przy tym tak, jak sam chce, z tego, czego już nie potrzebuje lub wtedy, gdy tego zapragnie. Cykl odbierania złudzeń w życiu jest zaskakujący, gwałtowny i obiektywny – krótko mówiąc, nie jest zależny od naszych upodobań. Tak więc ronin z całych sił, rozumnie, w sposób moralnie uporządkowany, bez niepokojącej niedojrzałych sztucznej zwłoki, staje się gotowym by ostatni raz tutaj i pierwszy raz tam, objąć pełnym spojrzeniem cztery rzeczywistości podstawowe dla życia. Ronin patrzy na cały świat bez podziałów. Ronin spogląda na wszystkich ludzi z jednakowym szacunkiem. Ronin widzi swoje serce całkowicie otwartym. Wreszcie ronin rozpoznaje Boga takim, jakim On naprawdę jest, a nie takim, jakim chciałby Go odczuwać. Ronin może już odejść.
Ten sam ksiądz Romuald, który przed laty prowadził mnie po Drodze Krzyżowej salami płockiego hospicjum, napisał mi w liście, że jest gotowym na śmierć. Lubię chodzić ulicami Płocka – mówi – lubię wejść do katedry. Czuję, że nie gnębią mnie już ludzkie ambicje, nadmierne plany i rywalizacja. Chcę być naturalnie dobry i żyć w zgodzie ze wszystkimi. Jedyne czego pragnę dziś, to by świat szedł dalej drogami prawa objawionego. Poruszyło mnie bardzo to ostanie zdanie, choć zarazem ufam, że nie było ono zdaniem do mnie ostatecznym. Pewne jest tylko to, że jak żyłeś, tak też ostatni raz dane ci będzie spojrzeć na ten świat.


czwartek, 23 listopada 2017

KODEKS RONINA

(13) Wszystkie ciężary ronina
Tuż przy trzecich drzwiach od lewej na górnym piętrze domu Sióstr Misjonarek Świętej Rodziny w Mławie, od wewnętrznej ściany - więc widoczny dopiero dla tych, co przekroczą próg konwentu - wisiał obrazek z Afryki. Kto zająłby się wyceną jego prawdziwej wartości? Wykonano go z afrykańskiej, taniej trzciny, naniesiono węglanym rylcem czarne postaci w tańcu na tle słomianych chałupek. Nigdy nie zwróciłbym oczu na obrazek, gdyby nie przyszło mi wyczekiwać tamtego dnia spotkania z przełożoną domu. Drzwi otworzyła sędziwa siostra Krzysztofa. Pozdrowiła mnie ciepło jak zawsze, po czym zanikła w przyciemnionym korytarzu, ofiarowując się w poszukiwaniu przeoryszy. Wodziłem wzrokiem po ścianie, aż dotarłem okiem do afrykańskiego obrazka. Przełożona zwlekała dłuższą chwilę z audiencją więc zajęła się mną dobra siostra Krzysztofa. Zrobiła ciepłą herbatę w mroźne popołudnie. To ona ten obrazek wiele lat temu przywiozła z Libii. Nie pomyślałbym nawet, że siostra Krzysztofa mogła być dawniej misjonarką. Chyba od dziecka tak jak i potem zresztą, bez przeobrażeń ni upływu czasu, widywałem ją na ulicach Mławy. Od dnia, gdy zamieszkała w klasztorze nad plebanią czas się dla niej zatrzymał. Miałem wrażenie, że zawsze wyglądała tak samo, chodziła tym samym krokiem i dźwigała ze sklepu te same ciężary z zakupami. Siostra Krzysztofa dbała w Mławie o zakonną kuchnię i pralnię. Pachniała więc proszkiem od ciasta i prania, miała niesłychanie dobrą twarz, spracowane dłonie oraz rozmodlone oczy. Aż do rozmowy pod obrazkiem przypisywałem jej tylko dwie funkcje. A ona była misjonarką. Miałem szczęście, bo potem zostaliśmy rzadkiej klasy przyjaciółmi: siostra Krzysztofa – doświadczona wiekiem zakonnica i ja, klecha smarkacz. Żyliśmy daleko jedno od drugiego ale zawsze pytaliśmy o siebie. Mieliśmy zaledwie chwilę na rozmowę i wiedzieliśmy o sobie wszystko. Nie często spotyka się człowieka o duszy tak po prostu szlachetnej, jakby najdalszej od korupcji. Siostra Krzysztofa odeszła jak istniała, nikomu sobą nie robiąc problemu. Wszak żyła tak, jak afrykański obrazek, który sama przywiozła z Libii – na drugim planie, z taniego materiału, za drzwiami. Aż po dziś dzień, gdy przekraczam próg domu Sióstr Misjonarek w Mławie, instynktownie wzrokiem poszukuję obrazka, a w korytarzu widzę wychodzącą ku gościom siostrę Krzysztofę. Tak nas wszystkich jakoś dźwigała ku górze i odmawiała stanowczo, bym jej siatki z zakupami choćby raz mógł udźwignąć na piętro.
W umysłach i ustach ideologów oraz reżyserów propagandy bycie katolikiem to przede wszystkim doświadczenie ciężaru wiary. Zwątpienie jest przytłaczające, to fakt. Nie dziwi zatem, że ludzie zmiażdżeni depresyjnym pesymizmem epoki, pragną to samo smutne uczucie przypisać wszystkim innym, zwłaszcza tym, którzy mają nadzieję, ufają miłości lub poszukują zbawienia. To dlatego w podejrzeniach wielu chrześcijaństwo od pierwszego kontaktu wyraża zawsze, wszędzie i przez wszystko deprymujący ciężar Krzyża. Być katolikiem – udowadniają nam powszechnie – to uginać się tym samym pod ciężarem drastycznej moralności, która w swym etosie pozostaje idealistyczną tęsknotą, w praktyce okrutnych norm nie do wypełnienia. Ile cierpienia sumieniu przydają niczym nie poskromione skrupuły. Na drugim miejscu doskwiera kościelna instytucja, do której z zapisu, od dziecka przynależeć musi katolik, uwikłany bezsilnie w pajęczą sieć świąt, przykazań, relikwii czy odpustów. Nie do zniesienia jest tryumfalny klerykalizm. Wreszcie przytłacza nawet ta niepewność bycia zbawionym. Nikt nie potrafi wskazać ile umartwień trzeba ofiarować, by uciszyć trwogę, anulować wyrok, oswoić pomruk słusznego gniewu Boga. Od chwili przybicia przez Lutra wszystkich tez na drzwiach wittemberskiej katedry, od momentu gdy Memling postawił ostatnią, czarną kreskę pędzlem na obrazie Sąd Ostateczny, Kant wzywał do wyjścia z niedojrzałości wieku dziecka i odwagi w korzystaniu z własnej inteligencji – sapere aude, Novalis wskrzeszał bohatera w podróżniku a Nietzsche ogłosił śmierć Boga – rozstrzygnięto arbitralnie, że katolicka wiara jest ciężarem.
Bywa więc, iż ludzie, których bezwzględnie prześladuje cień podejrzliwych idei, paraliżowani ich złowrogim przesłaniem, nie są w stanie słuchać Bożego Słowa. Oto bowiem już w Księdze Wyjścia jej autor sporządza poruszającą wszystkich listę imion i osób. Uwaga dobrego Boga zdaje się spoczywać na ludziach, którym trzeba przynieść wytchnienie: wdowa, sierota, ubogi, obcokrajowiec i człowiek z jednym tylko płaszczem (por. Wj 22, 20 – 26). Powiedz wdowie, że jutro znów umrze ktoś w jej domu, a nie uniesie w sobie więcej żałoby. Wyrwij sierocie dłoń z dłoni w ciemnościach, a pęknie mu serce z bojaźni. Zdzieraj lichwę z ubogiego, a zawiąże sobie sznur na szyi. Wydaj przybysza dyktaturze. Bez wahania przegryzie kruchy plastik cyjanku. Bóg precyzyjnie wylicza imiona tych wszystkich, którym nie wolno już więcej nakładać ciężarów. Ponadto On sam pierwszy chroni uciśnionych i skłonny jest darować ulgę temu, kogo życiowy kompleks przytłoczył nadmiernie ku ziemi. W Bogu nie ma żadnej potrzeby przeciążania człowieka, stąd każdemu cierpieniu towarzyszy pociecha, upadkowi przebaczenie, zwątpieniu umocnienie a wysiłkowi odpoczynek. Kto wierzy w Boga, doświadcza wytchnienia.
Ronin jak nikt inny przenika dwuznaczną konfuzję swoich czasów. Przypatruje się uważnie kulturze, punktując precyzyjnie wszystkiemu winny paradoks: człowiek współczesny wziął pozory za głębię, satysfakcję za szczęście, propagandę za przesłanie. W efekcie domagał się wolności lecz dał się katu posadzić na krześle. Odrzucał jarzmo i wierzgał przeciw brzemieniu, po czym tryumfalnie runął w gardziel  nienasyconej depresji. A chrześcijański ronin nie cofa się, gdy patrzy cierpieniu prosto w oczy. Lecz nie wytkniesz mu jednej, starczej zmarszczki na czole. Codziennie unosząc ciężary świata zachował dłonie artysty. Racjonalnie rozpoznaje ogień na linii horyzontu, mimo to zasypia z równym oddechem w piersi. Bywa, że ktoś ważny z kręgu wpływów przełamuje samego siebie, a upewniony, że nikt go nie widział, łapie ronina za rękaw i pyta: nie miałeś nigdy prywatnego jachtu, nie płaciłeś adwokatom, nie klaskałeś na wiecach i nie prosiłeś o pomoc terapeuty – czyś ty sam sprostał wszystkiemu?


czwartek, 26 października 2017

KODEKS RONINA

(12) Ronin humanista

Jaime Fuentes to biskup z Minas. A Minas to niewielka stolica skomplikowanej historycznie i administracyjnie małej diecezji w Urugwaju. Przyszło mi towarzyszyć biskupowi Jaime jakby w dwóch odsłonach mojego misyjnego życia. Drugi etap był najciekawszy – chodziło bowiem o wypracowanie dyskretnej lecz radykalnej reformy duszpasterskiej i administracyjnej struktury Kościoła katolickiego na tych terenach. Mówiąc najprościej i bez zbędnego wnikania w szczegóły, zewnętrzny organizm kościelny jakby nie nadążał za przyśpieszającym od czterdziestu lat procesem wewnętrznego opustoszenia, co i raz prowokowanym głębiej przez modernizm czy teologię wyzwolenia ad intra oraz agresywnie lewicową ideologię społeczną ad extra. Przed wyjazdem wszystkich biskupów urugwajskich do progów Piotrowych należało papieżowi przedstawić możliwe rozwiązania sytuacji. Pracowaliśmy z biskupem zazwyczaj we wtorki. Robiłem, co zostało mi zlecone. Z biegiem czasu jednak utarło się, że wtorkowe bloki robocze kończyliśmy wspólną kolacją i zgoła lżejszymi w swej formie tematami. Biskup Jaime lubił opowiadać. Spośród wielu anegdot tamtego czasu szczególnie wspominam tę jedną. Młody ksiądz Fuentes miał szczęście w trakcie studiów z dziennikarstwa dwa lata spędzić u boku świętego już dziś Josemarii Escrivy w Rzymie. Wspominał, jak to pewnego dnia założyciel Opus Dei przechadzał się swoim zwyczajem po korytarzach rezydencji, otoczony grupą młodych studentów - rozprawiając, żartując, dyskutując. W pewnej chwili zbliżył się do księdza inżynier, który nadzorował pracę przy budowie jednego z nowych ośrodków dla młodzieży w Wiecznym Mieście. W centrum tym ze szczegółami planowano umieścić dyskretną kaplicę – oratorium. W pewnej chwili rozmowy inżynier miał zapytać Escrivę: Ojcze, które z naszych oratoriów podoba ci się najbardziej? Energiczny z charakteru ksiądz bez wahania podbiegł w stronę najbliższego okna, otworzył je na oścież i wyciągając palec ku zatłoczonym ulicom Rzymu, krzyknął: to oratorium jest najpiękniejsze!
Kościół ma instytucje ale nie ma granic. Kościół stawia budynki ale nie mieści się w nich Ewangelia. Kościół administruje hierarchicznie ale nie związuje tym uniwersalnego działania Ducha Świętego. Jeden z modeli interpretacyjnych zbawienia to uczucie zaufania między Bogiem a człowiekiem. Stwórca stworzył wszystko, bo zaufał. Najbardziej ufał w człowieka. Obdarzył go w zaufaniu rozumem, wolnością, duszą i sumieniem. W efekcie ostatecznym zbawienie oznaczać będzie powrót do harmonii powszechnego zaufania, jakie upadek pierwszych ludzi zerwał między Stwórcą a stworzeniem. To prawda, że w Kościele z woli Boga wszystkie środki do zbawienia są kompletne. Bóg więc zaprasza człowieka do Kościoła, aby go zbawić z pewnością. Dziś i do końca czasów - przez Ducha Świętego - Bóg będzie wracał do powszechnego zaufania ludziom, działając zwyczajnie w murach Kościoła lecz innym razem przełamując je. Aż przeskoczą wszyscy do wieczności. Chrześcijanin, rosnąc w duchu, nie może więc ustawicznie podejrzewać świata o najgorsze. Elementem dojrzałej wiary jest odczuwalne zaufanie do tego, że Duch Święty celebruje chwałę Stwórcy również w oratorium niekonsekrowanego świata.
W pierwszym liście świętego Pawła z Tarsu do chrześcijan w Tesalonice znajdujemy tymczasem krótki lecz dogłębny dyskurs apostoła na temat zbawienia. Swoje rozumowanie Paweł zdaje się dzielić na dwie części. W pierwszym wątku dowodzi, że bez najmniejszego wahania wolno uznać, iż chrześcijanin doświadcza zbawczego działania Ducha Świętego w Słowie Boga, na modlitwie, w świątyni, w kulcie chwały. I któż temu zaprzeczy? Wielokrotnie było nam dobrze w kościele. Spoczywaliśmy na piersi Pana. Jednocześnie apostoł idzie śmiało dalej by dostrzec różnorodność darów Ducha Świętego, których nie można skrępować, zliczyć czy administrować. I choć nie jest to już tak namaszczone jak obecność Boga w świętych znakach, to jednak wypada stwierdzić, że niejednokrotnie zaskakiwał nas blask łaski, rozpraszając cienie najbardziej zapadłych zaułków tego świata. Pisze więc apostoł: nasze głoszenie Ewangelii wśród was nie dokonało się samym tylko słowem, lecz mocą i działaniem Ducha Świętego oraz wielką siłą przekonania (1 Tes 1, 5a). Słowo słyszy się w świątyni, działanie zaś widzi się w świecie.
Na prawach tej samej zasady Jezus pewnego dnia, w kolejnym z rzędu swych trudnych dialogów z faryzeuszami, wypowiada jedno z najbardziej popularnych zdań Ewangelii: dajcie co Bogu – boskie lecz co cesarskie – Cezarowi (Mt 22, 21). Już od epoki Ojców Kościoła przyjęła się wobec tej frazy Pana interpretacja w duchu separacji: świat duchowy jest tym docelowym, a doczesny jest pełen korupcji, trzeba się z niego wyzbywać, wysilając ducha ku czysto boskim ideałom. Dla przykładu Święty Ambroży, w jednym ze swych komentarzy, napomina jednoznacznie: “Jeśli ty nie chcesz być nieposłuszny, nie posiadaj tego, co należy do świata. Jeśli posiadasz bogactwa, jesteś poddany Cezarowi. Jeśli nie chcesz być winny królowi ziemskiemu, porzuć wszystko, co twoje i idź za Chrystusem”. A jeśli interpretację separacji zastąpić komentarzem implikacji? To w intencji podchodzących podstępem do Jezusa faryzeuszy kryje się logika rozdzielenia: płacić podatek, czy nie? Szanować świat, czy lepiej okazać mu religijną pogardę? Chrystus nie ma takiego problemu, a Jego odpowiedź prowadzi nas raczej do myślenia spójnego: można czcić Boga, nie obrażając Cezara. Dlatego historia chrześcijaństwa od samych początków odznaczała się postawą czysto ludzkiej roztropności. Gdy dogorywał starożytny Rzym, a na gruzach jego bogatej kultury stawiało stopę chrześcijaństwo, Kościół wiedział z niezbitą pewnością, że nie należy z tego, co rzymskie wyrzucić wszystkiego. Korupcję moralną cesarstwa udało się oddzielić od kulturowego dziedzictwa imperium. Z tego powodu aż do dzisiaj prawo rzymskie choćby jest legislacyjnym fundamentem wszystkich kodeksów Zachodu.
Wrażliwy w wierze ronin bez trudu odkrywa, do jakiej granicy pragnie dojść w swym działaniu Duch Święty. Różnorodność darów trzeciej Osoby Boga zwyczajnie nie zna granic. Chrześcijański ronin dojrzewa duchowo wówczas, gdy zdobywa się na harmonijne scalenie pobożności z czynem. Tak było, jest i zapewne będzie, że przed złożeniem ziarna w glebie, roztropny rolnik wytrwale oczyszcza teren. Dlatego procesom ewangelizacji towarzyszy z konieczności praca nad humanizacją kultury. Trudzić się nad głoszeniem Ewangelii bez troski o pogłębienie bogactwa kulturowego, to tak jak zapładniać martwe łono. Nie jest to łatwe w tej epoce, nie było też proste kiedyś. Ronin studiuje więc z uwagą klasyczne zasady etyki, estetyki czy antropologii. Iluż to ludzi żyje w zaniedbaniu, gardzi pięknem, popada w depresję brzydoty? A ronin nie tak. Jest piękny swą elegancją. Iluż ze współczesnych to zgniecione butem czasu mrówki, to galernicy zamknięci po nadgodzinach w metrze? Nie tak ronin. W najbardziej skromnym miejscu pracy kładzie on najlepsze talenty, czyniąc sztukę z nużącego rzemiosła. Ile osób nie patrzy sobie w oczy, ilu okłada pięścią innych po policzkach, ilu warczy jak zwierzę, w pogardzie za bydło uważając drugich?  Inaczej ronin - łagodny, światły, dobry. Jak łatwa jest pobożność w świątyni, tak naturalna będzie jej ewangeliczna konsekwencja w świecie. Życie chrześcijańskie nie wyczerpuje się w umiejętności pójścia w niedzielę do kościoła. Być chrześcijaninem to również umieć wychodzić z kościoła do sensownego życia w świecie.
Z bogactwa misyjnych przygotowań, które dane mi było przeżyć, najbardziej wspominam jeden z wykładów, jaki prowadził dla nas początkujących inny doświadczony misjonarz. Streszczał nam on sprawnie tego dnia podstawowe idee encykliki Redemptoris Missio Jana Pawła II. Pamiętam od tamtej chwili zasadę, która uczy, że każdy misjonarz - nawet jeśli posłany jest do miejsca, w którym nie głoszono nigdy Ewangelii albo ludność nie była gotowa jej przyjąć, w skutek czego nie urosła struktura widzialnego Kościoła, jego budynków, szkół czy instytucji – musi wiedzieć z niewzruszoną pewnością, że w sercach tych ludzi jednakowoż Duch Święty zaczął już swoją robotę.


czwartek, 14 września 2017

KODEKS RONINA

(11) Ronin walczy o życie
To jest dzielnica Jana Pawła II, a parafia pod wezwaniem Matki Bożej z Częstochowy. Nie, nie jesteśmy w Wadowicach ani w Krakowie, gdzie od lat na każdym, brukowanym placyku ustawia się pomnik polskiego papieża na tle Jasnej Góry. Brazylia, stan Sao Paolo, suchy, ciepły, przyjemny klimatycznie interior wielkiego jak kontynent kraju. Znajdujemy się w urokliwej miejscowości Sao José de Río Preto, gdzie na ulicy imieniem Rosa Generosa Pinheiro proboszczem od niepamiętnych lat jest polski misjonarz ksiądz Tadeusz Szerszeń. Zainicjował pracę w slumsach, nocą słuchał ulicznych strzałów, mieszkał długi czas w jakiejś cerowanej budzie, skorpiony rankiem wyjmować musiał z butów. Złączył ludzi w katolicką wspólnotę, zbudował duży kościół i solidną kaplicę w drugiej części powierzonej mu dzielnicy, otworzył prężnie działające przedszkole a biskupa przekonał, żeby patronką parafii została jakaś polska Matka Boża z Częstochowy. Miejscowym trudno jest tę nazwę przecedzić przez zęby, sanktuarium trzeba lokalizować gdzieś palcem na mapie, w dodatku nie jest to Aparecida. Pomysł jednak przyjęto z szacunku dla zasług kapłana.
Szerszeń nie jest typem medialnego misjonarza, którego facjatą wykleja się pocztówki znad dalekiej, romantycznej Ucayali lub Niagary, z czarnoskórymi dziećmi na ramionach. Kto słyszał o padre Tadeo? Nie znaliśmy się przedtem z Polski. Ojciec Szerszeń nawiązał z nami kontakt internetowy, potem wymieniliśmy wspólne odwiedziny dla wzmocnienia misyjnej znajomości. Ksiądz Tadeusz lubi towarzystwo, dużo opowiada, choć żartuje niewiele. Mam wrażenie, że obserwuje człowieka, studiuje jego gesty, niby nie patrzy ale widzi, nie ocenia lecz dosadnie powie, co myśli. Gorzej jeszcze, jak nic nie powie. Siedzieliśmy sobie czasem przy popołudniowej kawie, korzystając z ciepła, gdy nagle Tadeusz Szerszeń ni stąd ni zowąd potrafił zapytać: a ty co nauczasz o łasce Bożej? I w dobie, w której połowa księży katolickich nie ma pewności: jak i komu udzielać Komunii Świętej, bezceremonialnie robił nam katechezę o tym, że łaska to życie Boże w duszy człowieka. Niedawno świętował pięćdziesiąt lat kapłaństwa, z czego dwadzieścia sześć spędzonych w Brazylii. Powróciły wspomnienia. Tadeusz Szerszeń zapatrzył się w okno z zamyśleniem i wrócił pamięcią do lat seminaryjnych z Drohiczyna, kiedy za wykładowcę hebrajskiego miał słynnego księdza Jana Zieję. W połowie lat formacyjnych młodego Tadeusza dopadły wątpliwości – bo był jakiś inny, nie mieścił się w tym miejscu i układzie, zamierzał więc skończyć semestr i odejść. Pamięta, że długi czas chodził z wahaniem ukrytym głęboko w myślach. Pewnego dnia spacerował po ogrodzie i mijał przechodzącego Zieję. Ni stąd ni zowąd ksiądz Jan położył Tadkowi rękę na ramieniu, spojrzał alumnowi w oczy i nie wiadomo dlaczego powiedział: nie bój się, wszystko dobrze, jesteś na swoim miejscu.
Powołanie chrześcijańskie niesie w sobie wezwanie do zwycięstwa. Każdy chrześcijanin pielęgnuje dumną godność, przeżywa wiarę w perspektywie dojrzałej wolności i nikt nie jest w stanie wyrwać mu z piersi oddechu nadprzyrodzonego sensu. Taki i tylko taki jest charakter chrześcijańskiego zwycięstwa. Kroczenie przez ten świat pewnym krokiem i z podniesionym czołem nie wchodzi w konflikt z pokorą. Chrześcijańskie zwycięstwo bowiem nie jest tym samym, co doczesny sukces, zręczność polityczna lub siła pięści. Człowiek dziedziczy duchowe zwycięstwo chrześcijan wchodząc konsekwencją wiary w Paschę Chrystusa. To dlatego również nie godzi się wiecznego kapitału paschalnej wiktorii poświęcić marnym, doczesnym potyczkom. Potencjału krzyża i zmartwychwstania wolno użyć jedynie w tej części bitwy, w której rozstrzyga się walka o samo jądro ludzkiej egzystencji.
W konsekwencji tego prorok Jeremiasz odkrywa zaskakującego przeciwnika, którego zmuszony będzie pokonać orężem paschalnego zwycięstwa. Znów nie jest to czysto ludzka potyczka, w której krzepki pachołek podaje stojącemu naprzeciw proroka żołdakowi tarczę, hełm i miecz. Za chwilę skrzyżują się pięści, poleje się krew, na balkonach cyrku mdleć będą wątłe kobiety i zdzierać swe gardła podnieceni panowie. Tryumfatorom zaś na opasłe karki mecenasi i humaniści nałożą pozłacane wawrzyny. To nie jest ta walka. W paschalnym zmaganiu nikt przeciwko nam nie napina muskułów. Przeciwnikiem proroka jest tylko on sam, musi pokonać samego siebie, sprostać rękawicy rzuconej przez życie, przełamać siebie na ubitej ziemi własnej egzystencji. Prorok nie widzi innego zagrożenia z zewnątrz, gdy wyznaje: „zaczął trawić moje serce jakby ogień, żarzący się w moim ciele” (Jer 20, 9b). Wróg nie podszedł pod mury twierdzy, nie trzeba uderzać w bębny na trwogę, niczemu nie służy mobilizacja sił. W sobie mam żagiew i płomień przeciwnika.
Nawrócony ronin zatem wyczuwa, że dużo łatwiej było przedtem tryumfować nad lękiem, smutkiem, biedą albo samotnością, niż teraz z wiarą stanąć do zapasów o życie. Wiara zmusza do konfrontacji z rzeczywistością w jej najgłębszych pokładach, bez wikłania się w spory na poziomie jej społecznych, psychologicznych czy politycznych przejawów. Człowiek po pierwsze musi walczyć duchowo, by zdać sobie sprawę, że bez Boga nie może dalej istnieć, że nie ma siły postawić na ziemi następnego kroku. To zwycięstwo aktu wiary. Po wtóre ronin pokonuje w sobie pokusę wielkości, uznając siebie za jednego z maluczkich tego świata. To bitwa o pokorę. W konsekwencji chrześcijanin zdobywa się na miłość bezinteresowną, deklarowaną i dozgonną, pokładając upodobanie serca nie tylko w tych, którzy są tego warci ale jeszcze bardziej w tych, którzy tę miłość potrafią utrącić. To tryumf heroizmu. Być może definitywnym wywieszeniem sztandarów na murach przeciwnika będzie ocalenie sensu życia, który jest darowany wszystkim od poczęcia aż do chwili śmierci, niezależnie od tego, jaki przyznano nam tytuł, ile wpłacono nam na konto i kto przygląda się nam raz przychylnym, raz krzywym dla kaprysu spojrzeniem. To przewaga ładu sumienia. O to walczy ronin i tak on w Bogu zwycięża.
Byłoby więc czymś dalece nieroztropnym ograniczać siłę paschalnej wiary jedynie do szukania pocieszeń, które chwilowo są w stanie dać nam wytchnienie od psychologicznych, społecznych lub kulturowych stanów trwogi, choroby, zdrady czy cierpienia. Walka o życie w istocie znaczy więcej. Gdybyśmy moc Boga zredukowali jedynie do uzdrowień i pocieszeń, On sam znalazłby się na szerokiej liście naszych doczesnych terapeutów, a życie wewnętrzne łatwo zniekształcilibyśmy w zwierciadle ludzi płaczących po kościołach, nadwrażliwych na cudowności, które pozwalają zwrócić uwagę od koszmarów życia w stronę egzaltacji. Zresztą, w ostatnich latach taka postać katolicyzmu - zredukowanego do pewnej formy terapeutycznej religijności - okupuje dużą przestrzeń Kościoła. Lecz Bóg nie tyle służy by pocieszać bez końca i uzdrawiać. On przede wszystkim wie, jak definitywnie rozwiązać problem naszej egzystencji. Terapeutyczne szukanie religijnej pociechy to jeszcze nie to samo co wewnętrzna naprawa życia. Dlatego tę egzystencjalną walkę ronina Bóg ma zwyczaj przeprowadzać od początkowej pociechy do praktycznych i trwałych cnót, postanowień, nawyków.


piątek, 25 sierpnia 2017

KODEKS RONINA


(10) Ronin poza podium

Poznawałem Dzieło Boże w czasach, gdy na dźwięk słowa: Opus Dei, wielu mędrków pozbawionych odwagi bezpośredniej konfrontacji, kładło wskazujący palec na ustach i patrząc dwuznacznie w gwiazdy, syczało, zaklinało, wróżyło i przędło cuchnącą pomówieniami nić mitu, konfabulując słowa z obnażonego już od dawna, modernistycznego słownika hipokryty: Kościół bogatych, elita, katolicka masoneria, dwie klamki i dwa kluczyki, sekta, radykalna prawica, ukryta finasjera biskupów, sekretna władza nad Watykanem, kod Leonarda da Vinci –  i szkoda dalej wyliczać. Dziś coś uległo zmianie w propagandzie salonu. A może – co znamienne dla tej strony światopoglądu – wyczerpała się ograniczona wyobraźnia lewaków albo nadszedł moment ewaluacji nowoczesnych pomysłów ewangelizacyjnych, z których większość przypomina balony bez powietrza wywieszone po hulance na płocie. Przeszła nam fantazja po czterdziestu latach duszpasterskiej szarży i każdy już przewiduje, że nadchodzi chwila, gdy specjalistów trzeba będzie poprosić o pomoc.
A ja pamiętam jak z kolegą Piotrem, zaledwie po roku kapłaństwa, szukaliśmy zacisznego miejsca na odbycie dnia skupienia co miesiąc. Wiadomo - w seminarium żyć modlitwą jest łatwo, bo wszystkie uzgodnienia duchowych formatorów potwierdzają regularne dzwonki z korytarza. Ale potem zaczyna się tak zwana dola neoprezbitera i kosztuje doczytać brewiarz między pogrzebem a kancelarią. Wydzwanialiśmy zatem do kilku zakonnych kongregacji, których ascetyczne korzenie zdawała się potwierdzać nam mistyczna tradycja wieków. A ilu ludzi macie na to skupienie? – po drugiej stronie słuchawki urzędowy głos męczył nas za każdym razem tym samym tonem ankiety. Dwóch – odpowiadaliśmy ze wstydem Piotrek i ja. A nie, my przyjmujemy grupowo – zawsze tak samo kończyły się negocjacje. Na szczęście, po którejś z rzędu czarnej polewce podanej nam przez telefon do stołu, mój kolega przypomniał sobie, że pisał magisterkę z duchowości księdza Escrivy i że może w Dziele pójdzie nam łatwiej. Wtedy chodziło już tylko o kilka godzin w ciszy, przed Najświętszym Sakramentem i z daleka od naszych plebanii. Ksiądz Jan przyjął nas jak młodszych braci. Bez ankiety i pytań o szczegóły, przygotował dwie medytacje w obecności Sanctissimum, możliwość spowiedzi lub duchowej rozmowy, różaniec, lekturę a nawet obiad za darmo. Tylko dla nas dwóch w potrzebie, bez konieczności dźwigania za sobą duszpasterskiej grupy.
Kiedy więc kilka lat później mieszkałem już w zachodniej Europie, od dłuższego czasu poszukiwałem księdza, który mógłby mnie godnie wyspowiadać i ważnie rozgrzeszyć. Po kilku wstydliwych próbach - wolałbym je tu przemilczeć - przyparty do muru, rozglądałem się wokół, myśląc w gorączce: jak tu przetrwać duchowo? Wróciła mi zbawienna myśl: Dzieło! Trzy lata prowadził mnie father Fergus, który dziś jest proboszczem na Merrion Road w Dublinie ale w tamtych czasach służył jako kierownik duchowy jednego z akademików, prowadzonych przez Opus Dei na Hume Street. Odnalazłem to miejsce. Rozmawialiśmy długo. Wyspowiadałem się – rzekłbym – komfortowo. Po pierwszym spotkaniu father Fergus wręczył mi kartkę z wypisanym na niej numerycznym kodem do drzwi domu i komentarzem: słuchaj, masz dużo na głowie. Tu przyjdziesz, kiedy chcesz. Pomodlisz się, obejrzysz telewizję, poczytasz książkę lub odpoczniesz. Jesteś u siebie w domu. Żadnej kalkulacji kosztów czy elity – irlandzki ksiądz przyjął obcego Polaka w potrzebie. Nie musiałem spełniać nadzwyczajnych kryteriów. Dziś pracuję w Urugwaju i raz w tygodniu przepycham się w korkach stolicy ku centrum wzdłuż eleganckiego budynku z napisem CADI. To kompleks szkolny prowadzony przez Opus Dei w najbiedniejszej i najbardziej zbójeckiej dzielnicy Montevideo – Casavalle. Uśmiecham się sam do siebie, gdy myślę, że ci oskarżani o budowanie elitarnych sektorów w świecie, idą równym krokiem do zwycięzców i przegranych, odgadując tak w jednych, jak w drugich jednakowo potrzebujących. Ci natomiast, co oskarżają, sami często nie chcą wystawić głowy z ideologicznego ghetta, dla jakiegoś powodu odmawiając raz bogatym, raz biednym, wsparcia, ratunku lub zbawienia.
W tym kontekście dialog Jezusa z Kananejką należy to najbardziej nietypowych spotkań Pana, zapisanych w ewangelii. Próżno medytować tę scenę z punktu widzenia europejskiej mentalności. Dla nas w pewnej chwili Jezusowi po prostu brak kultury osobistej. Pokazuje plecy znękanej kobiecie, raz: gdy ona osobiście wzywa pomocy Syna Dawidowego i drugi: gdy o zakończenie ekscesu proszą poirytowani uczniowie. Ale logika biblijna dopełnia się w symbolach. Wszystko w tym spotkaniu ułożone jest tak, aby proszącą Kananejkę doprowadzić do zdania o psach, którym – według Jezusa – nie jest dobrze rzucać pokarm przeznaczony dla dzieci (por. Mt 15, 26 – 27). Myśląc po ludzku, Jezus takim tekstem obraża umęczoną kobietę. Trzeba jednak odkryć duchowy sens tego zdarzenia. Pokarmem będzie sam Pan. Podczas swojej męki zostanie on rzucony psom na pożarcie. Mówi o tym modlitwa lamentacji mesjańskiej, w której Syn Boży skarży się, przeżywając ostatnie chwile swej udręki: „sfora psów mnie opadła” (Ps 22, 17). Należy pamiętać, że Jezus cierpiący utożsami się też z ubogim Łazarzem, pozostawionym samemu sobie u bram pałacu bogacza, gdzie tylko psy się zbliżały, by lizać wrzody biedaka i dać ulgę jego nędzy (por. Łk 16, 19). Tak do końca ubogi stał się Chrystus na Krzyżu. W wypowiedzi o psach zatem Jezus nie odnosi się do kobiety lecz do samego siebie. Jakby Pan chciał postawić w sercu Kananejki ów konieczny do rozstrzygnięcia dylemat: dziś szukasz oparcia w mojej sile, czy jednak nie zgorszysz się mną, gdy wydawać się będę przegranym? Łatwo jest polegać na mocnych, trudniej towarzyszyć potrzebującym.

Ronin więc stroni od ludzi co to zawsze muszą wygrywać. Woli szukać tych, którym może nie wychodzi wszystko, ale gotowi są na kolejny wysiłek, próbę, ryzyko i wyzwanie - stale wierni prawdziwym ideałom. Tacy nie wiedzą, czy się uda, są jednak pewni, że próbować trzeba. Dla ronina ludzie przykręceni do podium oszukują świat, innych i siebie. W gruncie rzeczy nikt już nie wie: czy oni naprawdę wygrywają? Pewne jest, że każą się nazywać zwycięzcami. Taki ktoś z podium nie pozna nigdy prawdy, bo w istocie wcale jej nie szuka. Szuka ciągle sposobu, by wszyscy przyznali mu rację. To nie jest to samo, co prawda. Taki z podium nie pokocha. Zgodzi się mieć partnerkę, żeby nie kręcić się w życiu samemu. Leczenie samotności to nie jest to samo, co miłość. I ten z podium wreszcie nie uwierzy w Boga. On musi mieć nowoczesne poglądy, drżąc przy tym w środku, by ktoś kiedyś o nim nie pisał na facebooku, że chodzi co niedzielę do kościoła. Co prawda pozostanie religijny: podczas ślubów, pogrzebów i modlitwy za kraj. Religijność jednak to nie to samo, co wiara. Zamyślony nieco ronin zamyka gazetę z wywiadem, którego człowiek z podium zechciał udzielić czarnym główkom, nakłada słuchawki na uszy i z ulgą słucha Młynarskiego: „jeszcze w zielone gramy. Chęć życia nam nie zbrzydła. Jeszcze na strychu każdy klei połamane skrzydła. I myśli sobie Ikar, co nieraz już w dół runął – jakby powiało zdrowo, to bym jeszcze raz pofrunął.”.


wtorek, 15 sierpnia 2017

KODEKS RONINA

(9) Dlaczego ronin nie tonie?

Księża katoliccy są wspaniałym materiałem na przyjaciół. Nie będziesz miał ich nigdy wielu, za to będziesz miał ich zawsze i do śmierci. To niemożliwe mieć wielu przyjaciół wśród księży. W zdecydowanej większości duchowni są indywidualistami, wyposażonymi przez Boga w twarde charaktery. Unikając dwuznaczności lub pozorów, nie zgodzą się robić w czyimś świecie za dekorację. Muszą zagrać pierwszą rolę na głównym planie. Dlatego już na początku przyjaźni z księdzem jest albo twórcza fascynacja, solidarność, dialog aż do końca albo czasem gwałtowne zapomnienie. Ja mam jeszcze inny podział tych niewielu przyjaciół księży, których pozyskałem. Noszę ich sobie w środku jak biało-czarne zdjęcia, wysuwane co rusz z butonierki. Mam zatem księży przyjaciół doświadczonych bardziej ode mnie, starszych wiekiem, wodzów i duszpasterzy, którzy nie wiem dla jakiego powodu upodobali sobie przebywać z młokosem. Mam też kilku przyjaciół z czasu seminarium. Nie piszemy do siebie często ale w chwilach nielicznych spotkań, krótko i bez kamuflażu wszystko z cienia kładziemy na stole. Mam jeszcze i tych, którzy stoją za mną murem a ja twardo staję też za nimi, pomimo gęby wykrzywionej od opinii, mimo potknięć i niedoskonałości – prawdziwa przyjaźń rodzi się na polach bitew, a nie za stolikiem w salonikach elit. W ostatni lub nowy segregator pamięci wpinam teraz wreszcie i księży przyjaciół z kategorii międzynarodowej.
Wśród tych ostatnich ważne miejsce zajmuje don Antonio Bonzani, włoski misjonarz, który ponad trzydzieści lat temu wybrał się na służbę do Urugwaju i pozostał tam do dzisiaj. Antonio to baczny obserwator chylącej się ku wieczorowi, całej kościelnej epoki, konsultant wielu biskupów aż po Rzym i świadek posoborowego dramatu katolickiej wspólnoty w Urugwaju. W sytuacji zasiedziałej nad La Platą duszpasterskiej bezradności nigdy nie stracił pogody ducha, wiernej wiary, ufności w reformę oraz twórczej inteligencji, która pozwala mu rozróżniać duchy. Przed wyjazdem na misję zdobył doktorat z dogmatyki. Kiedy w Montevideo nastał, zdecydowany zrobić coś z chaosem, arcybiskup Cotugno rodem z Italii, powołał swego współziomka na rektora Fakultetu Teologicznego w Urugwaju. Antonio miał za zadanie postawić tę uczelnię na nogi. Należało przywrócić polecane przez Kościół katolicki ratio studiorum, położyć kres ideologicznym szkieletom teologii wyzwolenia, które do dziś tańczą i harcują na gruzach latynoamerykańskiej refleksji katolickiej, zbudować następnie korpus kształcenia dla świeckich katechistów z Urugwaju oraz – co najtrudniejsze – oddalić błędy w wykładach dla przyszłych księży znad La Platy, czyli przemieszać solidnie kadrę profesorów. Wielokrotnie w naszych rozmowach wracaliśmy do tych tematów. Antonio był i jest świadom, że nie udało się zrobić wszystkiego, co zamierzał. Dotykało go często cierpienie. Wykonał jednak większą część niewdzięcznej roboty, bez wzbudzania dodatkowych konfliktów, bez wznoszenia sobie pomników czy kapliczek, bez goryczy niespełnienia. Nabył przez to spokoju z odwagą i wolności z humorem. Kiedy w ostatni poniedziałek, kończąc wykłady, schodziłem z pierwszego piętra Fakultetu, spotkałem Antoniego w pokoju docentów. Robił na kolanie notatki, trzymając blisko przed nosem książkę z wyborem homilii świętego Augustyna. Osobiście wolę czytać Augustyna po łacinie – mówił, przesuwając palcem gdzieś po stronie – i popatrz tylko na to zdanie: ten, który cię posłał, nie dopuści byś utonął...
Być może w skutek zamieszania z tematem woli Bożej daliśmy sobie z nią współcześnie spokój. Nieco wygodniej jest wstawić do teologii lub kazania jakąś błyskotliwą myśl z tak zwanej dziedziny ludzkiej egzystencji, pochylając się ze wzruszeniem, w kółko i bez końca nad: samotnością człowieka, przebaczeniem wobec najbliższych, bezsennością nieuleczonych wspomnień czy wewnętrzną wolnością człowieka i pielgrzyma, o której wszyscy lubią posłuchać. Nad wolą Bożą dziś łamią sobie głowę czasem jeszcze skrupulatne mniszki lub neurotyczni nowicjusze ale żeby nowocześni katolicy - to nie! Bo jak tu bez zgubionego klucza podejść do zamkniętego problemu? Czy wola Boża to dyktatura najsilniejszego Bytu wobec podległych Mu struktur stworzenia? Czy zawsze tak musi być, jak Bóg chce? A może uda się czymś wolę Boga przekupić, zmienić, odczarować? Unikać woli Bożej głupio lecz współpracować z nią to ryzyko.
Według interpretacji Augustyna Piotr, stawiając odważnie stopę na morzu rozjątrzonym przez sztorm, prosi Jezusa o powołanie: poślij mnie – mówi do Pana apostoł – pozwól mi iść do Ciebie! Wola Jezusa jest mu przychylna i papież zaczyna kroczyć. Lecz u Boga tysiąc lat jest jak jeden dzień, a jeden dzień przypomina millenium. Po kilku krokach Piotr: rybak, apostoł czy papież, traci z widoku to, co było na początku, więc tonie (por. Mt 14, 28 – 30). A na początku była zgodność pragnień człowieka z wolą Boga. Nie trzeba tego komplikować. Bóg chce twojego szczęścia, pobudza więc twoje serce, wspiera twoje pragnienie i zamierza skutecznie doprowadzić je do celu – to właśnie nazywa się wolą Bożą. I nie ma w naszej wierze pojęcia bardziej sprzyjającego egzystencji człowieka.

Ronin znajduje rozwiązanie problemu życia w silnej woli, a nie w płochliwych sentymentach. Wola potrafi dosięgać wiecznych odpowiedzi, sentymenty co najwyżej ocieplają krajobraz na chwilę. Najpierw jesteśmy tego bardziej niż pewni lecz złośliwy chaos zwichrzonego porządku natury wyrywa nam potem rozum z głowy: wtedy na początku dnia zawsze z z czcią całowałem sutannę, dziś parzy mi ona ramiona. W tamtej pierwszej minucie nie odrywałem od niej wzroku, dziś do niej nie otwieram ust. Gdy pierwszy raz trzymałem moje dziecko na rękach, płakałem ze wzruszenia, dziś nie przestaję krzyczeć ze zmęczenia. Wówczas pierwszy raz gotów byłem dla sprawy postradać życie, dziś budzik o szóstej rano jakby podcina mi gardło. Na granicach epok obalaliśmy dyktatury, dziś plujemy sobie po oczach – emocje, lęki, żądze, plany, idee i przesądy miały, mają, mieć będą swe protesty. Odzyskasz perspektywę, gdy poskromisz w sobie histeryka. Jesteś tylko człowiekiem lecz kopiąc się z falą wytęż wzrok i powróć myślą do brzegu: skąd i po co zacząłeś? Tam jest twoja własna wola Boża. Jeśli pierwsze jest na początku, kroki postawione po pierwszym da się policzyć bez błędu.


czwartek, 6 lipca 2017

KODEKS RONINA

(8)  Ronin pośród zbawionych

Ciekawe, że zupełnie od niechcenia poruszyć do głębi najbardziej niedostępne przestrzenie naszego serca może spotkanie codzienne, które aż chce się nazwać rutyną, przejściem lub obyciem. Taka jest delikatna inteligencja Boga, że ośmiesza On całkowicie nasz system obronny, odporny na wołanie kaznodziejów, bombardowany wyrzutami sumienia lub podważany latami lekturą Prawa czy Proroków. Bóg widzi plan bitwy i wie, że zbudowaliśmy solidny mur w tych miejscach, w których z zasady spodziewamy się szturmu. Dlatego bez wysiłku, bez sztabu, bez taktyki, odwiedza nas Pan Bóg z gestem prostaczków, zapomnianych, bez nazwiska w historii, zamiast aktu kapitulacji proponując akt nawrócenia. To dlatego nie pamiętam już ani roku, ani numeru domu tych starszych państwa, którzy wtedy od ponad trzydziestu lat żyli swym ukrytym życiem niesakramentalnych w Płocku. Byli wierzącymi katolikami z jednym, znaczącym ich wszak konsekwencją, zakrętem moralnym sprzed lat. Odwiedziłem ich po kolędzie, gdy oboje przekroczyli już próg osiemdziesiątki. Nie pamiętam w jaki sposób w rozmowie dobrnęliśmy do wspomnianego zakrętu, etycznego wypadku i sakramentalnego wyroku: od trzydziestu lat - wierząc głęboko w Chrystusa – nie przystępowali do Komunii Świętej. Widziałem przed sobą dwójkę strapionych ludzi. To dlatego coś dodało mi odwagi, by opowiedzieć im o możliwości próby białego małżeństwa. On popatrzył na mnie wtedy i z uśmiechem odpowiedział: ależ proszę księdza, my już od kilku lat w kwestiach seksualnych żyjemy jak brat i siostra. Po kolędzie przyszedł Wielki Post. Starsi państwo przygotowali się do pierwszej po wielu latach spowiedzi i Komunii Świętej przyjętej zaraz na Wielkanoc. Jeszcze w Oktawie Zmartwychwstania Pańskiego Jezus starszego pana odwołał z tego świata. Bóg czekał, by zaproszenie do zbawienia wręczyć mu podczas Mszy Świętej.
Jeśli więc prawdą jest – na co w pismach i w gestach tak samo stanowczo, a póki co mało skutecznie, zwracał uwagę papież Benedykt XVI – że Kościół odnawia się dzięki właściwemu rozumieniu i przeżywaniu Eucharystii, to obracając bardzo optymistyczne dociekanie wielkiego teologa w autokrytyczną zadumę, winni jesteśmy przyznać, że nie idzie nam dobrze odnowa wiary, bo pogubiliśmy się w spójnym rozumieniu i przeżywaniu Mszy Świętej. Chór śpiewaków, którzy przez wieki zdolni byli jednym głosem utrzymać ton hymnu Tantum Ergo, łatwo dziś wchodzi w dysonans, dociskając przedwcześnie lub za późno, każdy inną nutę w liturgicznej kakofonii dźwięków. Jedni więc na gitarach chcą wyśpiewać w Eucharystii kontynuację żydowskiego sederu w nowo testamentalnej formie, jaką zdają się niestety narzucać im surowe komisje z Watykanu. Drudzy, zanim otworzą usta, już gubią się w przekrzykiwaniu, gdzie podczas występu umieścić krzyż lub gdzie mają siedzieć i stać tak, by każdy mógł widzieć każdego. Jeszcze inni, z dość szczerą żarliwością poszukując źródeł Mszy Świętej, za podstawową normę wierności idei Wieczernika uznają dosłowne kopiowanie przeczuwanych subiektywnie ludzkich gestów i zamysłów Jezusa. Mówią zatem: jeśli Mistrz spożywał Nową Paschę w postawie pół leżącej, to i my do kościoła przyniesiemy poduszki; jeśli On przemienił swą Krew w glinianym naczyniu, to i my usuniemy ozdobne kielichy. Tak mistyczną bliskość adoracji odziera się niskim, bardzo dosłownym naśladownictwem, z jej intymnego sekretu. Być może najtrudniejsze jest to, że żaden już dyrygent w tym momencie nie stara się zapobiec niepokojącemu roztrojeniu istoty i pozycji Mszy Świętej. Eucharystię wkomponowano gdzieś jako element duszpasterskiego oddziaływania lub doktrynalnej dyskusji. Redukcja Najświętszego Sakramentu do jednego z równorzędnych elementów chrześcijańskiego depozytu nieuchronnie prowadzi do konfuzji w wierze. Chwiejemy się więc między ewangelizatorami, dla których Eucharystia jest jedynie częścią duszpasterstwa i trzeba dać jej nade wszystko atrakcyjną formę, a kanonistami, dla których Msza Święta jest tylko przejawem doktryny, jaką w konkretnym momencie historycznym zdaje się dyskutować Kościół.
Msza Święta z istoty swej nie może być niczym mniej – ani w nazwie, ani w formie, ani wreszcie w swym znaczeniu – jak pełnią zbawienia dla ludzi. Jeśli wierzymy dziś jeszcze tak, jak zawsze wierzył Kościół, to wyznajemy w konsekrowanej Hostii na ołtarzu całkowitą - bez żadnego braku, rzeczywistą - czyli pewną materialnie mimo ukrycia i substancjalną obecność Jezusa w tym samym dosłownie Ciele, w którym został On Ukrzyżowany i w którym Zmartwychwstał. Hostia to ukrzyżowane i zmartwychwstałe, tak więc uwielbione Ciało Zbawiciela. Msza Święta nie jest jeszcze jedną ucztą lub kolejnym fragmentem Wielkiego Czwartku. Nie jesteśmy wcale w Wieczerniku. Nie przyglądamy się też samej śmierci Chrystusa na Golgocie. I nie stajemy na progu pustego grobu w zadumie, mimo, iż w tradycji nadaje się niedzielnej Eucharystii miano Małej Wielkanocy. We Mszy Świętej mieści się cała Pascha Pana. On nas tu gromadzi, jak sprowadził uczniów w Wielki Czwartek do Wieczernika. I On podczas konsekracji mszalnej zbawia nas codziennie na Krzyżu. On sam wreszcie zmartwychwstaje w nas na wieczność, gdy komunikujemy z wiarą i moralną godnością. Od początku więc każdej Mszy Świętej, aż do momentu rozesłania, dosięgamy pełni zbawienia, bez zbędnych redukcji i dociskania subiektywnych aspektów w pobożności.

Ronin chodzi na Mszę Święta i ma nadzieję być zbawionym. Zabierzcie mu Eucharystię, a większą część dni ronina przykryjecie smutnym cieniem bezsensu. Ni mniej, ni więcej. Mijają lata jego istnienia na tym świecie. Pod wieczór, podpierając na dłoni swą siwą głowę i dokonując obrachunku z życiem, ronin wie, że nie udało mu się wszystko. Są w jego życiu ludzie straceni i chwile przegrane. Nic z tym już nie da się zrobić. Trzeba uznać, po jakimś czasie, istnienie całego ciągu wydarzeń, które nie mają już naprawy - mogą być jednak zbawione! Zbawienie wieczne to coś nieskończenie większego niż ludzka umiejętność odzyskania dawniej utraconych pozycji. Na przykład, ileż to razy ronin myślał z żalem: tyle lat nie odzywałem się do mamy, zmarła wczoraj, a ja nie zdążyłem prosić jej o przebaczenie. Co teraz robić? Naprawy już nie ma. Może być jednak zbawienie. Po zmarłej matce roninowi pozostał stary mszalik i książeczka do nabożeństwa. Gdy idzie na Mszę Święta, wkłada je sobie do kieszeni. Zanim usłyszy dźwięk pierwszego dzwonka i pieśni, wyjmuje mszalik i czyta: módlcie się, aby Moją i waszą ofiarę przyjął Bóg, Ojciec Wszechmogący.



sobota, 17 czerwca 2017

KODEKS RONINA

(7)  Życie wewnętrzne Ronina

Choć znaliśmy się od lat, duszpasterski los złączył mnie z Romkiem – jak to się wtedy zwykło mawiać w Płocku – na Krzyżu. Niewielka kaplica przy rozpoczętej dopiero co budowie kościoła, gromadziła każdej niedzieli tysiące chrześcijan z północnych Podolszyc, ludzi niezwykle sympatycznych, twórczych, młodych, myślących i aktywnych. Jedne z najlepszych lat i najgłębszych kontaktów duszpasterskich na każdym poziomie jak dotąd w moim życiu. Niezwykła jakaś syntonia myśli, rozmów duchowych, współpracy i śmiałych nad podziw projektów, bez potrzeby zastanawiania się: wyjdzie coś z tego, czy nie wyjdzie? Rodziło się samo, działo się samo, byle nie przeszkadzać dobrze ukierunkowanej twórczości we wspólnocie.
Ale jak to bywa w życiu, nie wszystko w tym krajobrazie miało sobie przypisaną radosną ikonkę z uśmiechem. Przeciągająca się budowa docelowej świątyni, niezgrabności finansowe parafii, zbyt częsta zmiana proboszczów i związany z tym, mało jasny komunikat decydentów do ludzi, ciążyły i uciskały nas często do ziemi. Trzeba więc było modlić się na serio. Z Romkiem co prawda różniliśmy się i to znacznie w naszym wzajemnym podejściu do zajęć kapłańskich, natomiast bez zbędnych komentarzy czy rozszerzeń chwytaliśmy wspólną falę na poziomie życia wewnętrznego. Romek modlił się pięknie i spontanicznie. Widziałem wielokrotnie jak po całym dniu katechezy i parafialnej pracy, wpadał o późnej porze do kaplicy Świętego Krzyża i bez większego schematu adorował długo Jezusa – lekko, serdecznie, z młodością, jak dziecko. Zazdrościłem mu tego. W tamtym czasie bowiem ja sam czułem się niewolnikiem moich pobożnych schematów, robiłem co mogłem ale nie wznosiłem się wysoko w życiu modlitwy, kładąc codziennie na ołtarzu niezgrabny kamień za kamieniem. Dlatego rozbawiła nas do łez szczera, koleżeńska rozmowa, jaką niby przypadkiem prowadziliśmy pewnego popołudnia. Ja komplementowałem Romka za jego spontaniczną lotność w modlitwie, a on popatrzył na mnie zdziwiony i powiedział: a ja chciałbym tak jak ty, właśnie punkt po punkcie, zawsze o tej samej godzinie, z notatkami i Pismem Świętym w ręku.
W każdym razie, inspirowany przez kolegę i motywowany wewnętrznie, czułem, że muszę coś zmienić w modlitwie. W Warszawie jest Malbork ale jeszcze kilka lat temu nikt chyba do niego nie zachodził. Wszyscy chodzili na pobliski stadion Legii. Do Malborka przyszli mnisi i ukrytemu w architektonicznym ciężarze betonu, cegły, plastycznej chały i w sakralnym kiczu kościołowi przydali ducha. Bracia i siostry z Monastycznych Wspólnot Jerozolimskich modlą się razem mniszą jutrznią o świcie, psalmami i czytaniem w południe oraz nieszporami z Eucharystią wieczorem. Modlą się z mieszkańcami anonimowych metropolii. Modliłem się i ja z mnichami. Pierwszy raz na serio, w dyskretnym i tak samo skutecznym towarzystwie brata Benedykta, który dziś z daleka nie przestaje mi kibicować w swej wiernej przyjaźni, praktykowałem lectio divina. Każdego dnia od początku tych co miesięcznych dni skupienia we wspólnocie najpierw z żelazną determinacją wypędzałem z wyobraźni oraz intelektu obrazy banalnej cywilizacji, potem zawijałem się dokładnie w kokon ciszy, otwierając przed Słowem przepaść duchowego słuchu. Biblia, gdy jest modlona, dzieli się z orantem swym wnętrzem, które ma tę samą rozpiętość co życie wieczne. Nie oczekiwałem wtedy aż takiej hojności od Biblii. Ja i Ona spotykaliśmy się w wolności, jednakowo gotowi odejść, co pozostać. Wiedziałem tylko jedno, że Bóg chce abym zrobił coś z tym irytującym już czasem schematem na modlitwie. Nieprzewidywany zupełnie i niewyrażalny w żaden sposób przełom przyszedł jak zawsze do mnie poza wszelkim, nadprzyrodzonym efektem. Nie było nadzwyczajnych ingerencji, egzaltacji, duchowych wzruszeń, dotknięć i zaśnięć, nie rozpadła się ziemia i nie pękło niebo. Czerwoniak przejeżdżał właśnie Łazienkowską, kibice Legii skandowali przekleństwa po straconej bramce, a siostra Jadwiga pisała ikony – zapadło mi się nagle serce bez śladu na modlitwie.
Wiem od tamtego momentu, że Duch Święty przychodzi w różnych epokach do Kościoła czasem tylko z jednym charyzmatem na ręku - a jest nim życie wewnętrzne. Jesteśmy niepoprawnie uparci identyfikując trzecią Osobę Boga wyłącznie z siłą wiatru, z działaniami, z cudami i apostolską aktywnością katolików. Dziś, jak zawsze podnieceni, bardziej spodziewamy się powrotu Ducha. Otwieramy więc bramy i okna Kościoła, krzycząc i tańcząc: niech przewietrzy, niech trzaska drzwiami, niech jednym pociągnięciem palca przesunie zmurszałe mury, nowa Pięćdziesiątnica, wychodźmy w korowodach na ulice. Są jednak i takie chwile w historii, gdy Duch Święty przychodzi by ukryć nas w cieniu, zmniejszyć wysokość, by powiększyć głębię i rozmach ukierunkować na jakość. Trzeba wreszcie przyznać, że tym co od strony chrześcijaństwa rewolucjonizuje całe społeczeństwa, uszlachetnia pojedynczego człowieka a Kościół czyni znów młodym, jest autentyczne życie wewnętrzne ochrzczonych. Tak wiele miejsca w nowej ewangelizacji poświęca się duszpasterskim planom i metodom, a tak mało ufa się duchowości. To dlatego, w samej końcówce dwudziestego i w początkach dwudziestego pierwszego wieku, od lat Soboru stoimy w miejscu. Przepowiadanie obróciliśmy w pobożne anegdoty, etykę w oderwane od prawdy dywagacje wszystkim przyjaznych krasnoludków, ewangelizację w uliczne manifesty, nawrócenie ateistów w statystyczne przepychanie tych samych parafian z jednej wspólnoty do drugiej,  liturgię w raut, a modlitwę w poszukiwanie cudów. Wpadło nam więc serce do innej przepaści.

Od kilku już dobrych miesięcy czytam ze wzruszeniem tekst każdego wystąpienia, książki lub konferencji kardynała Roberta Sarah. Odczuwam, że jest on człowiekiem twardym. Ma poważną twarz, jednak to wszystko w nim wywodzi się z siły, a nie z dumnej pewności siebie. Ta kamienna potęga rodzi się w człowieku tylko wówczas, gdy w pełni doświadcza on realizmu egzystencji – tej ludzkiej i tej duchowej i realizm ów potrafi on uwewnętrznić, pozostając wolnym od zwątpienia w sens życia. Poczucie siły, jakie odczuwa się w kontakcie z Sarah, nie przeczy temu, że jest on też człowiekiem z gruntu dobrym. Nie jest to jednak dobroć populisty, który za cenę pacyfistycznych kompromisów usiłuje każdego kupić na banał i uśmiech. To jest dobroć spokrewniona z wolnością, prawdą i konsekwencją – tylko taka dobroć dopomaga w rozwoju.  Mamy więc do czynienia z mistykiem. Być może bardziej niż argumenty w przypadku Roberta Sarah przemawia jego zaskakująca biografia. Scenariusz wydobycia małego chłopca z najbardziej zapomnianych regionów Czarnego Lądu, przeprowadzenia go w młodości przez nieunikniony konflikt z antychrześcijańskim reżimem, by mógł dosięgać teraz samych szczytów watykańskich odpowiedzialności, z pewnością nie pochodzi od człowieka. Sarah, jak wielu innych, mógłby zmarnować to wszystko, wygodnie moszcząc się w światowych kompromisach. Jego duszy nie da się jednak odebrać tego poruszającego do głębi, wewnętrznego skupienia, które upoważnia kardynała do mówienia choćby o tym, że albo Bóg albo nic i o tym, że cywilizacja osłabła dziś w skutek braku szacunku do ciszy albo wreszcie o tym, że od koncepcji liturgii zależy właściwy rozwój duchowości. Zastanawiam się, czy wolno mi marzyć, by móc oglądać kiedyś czarnego jak prawdziwa Afryka purpurata w pełni katolickiej bieli?